Nasz dziennikarz był dawcą szpiku. Napisał list do biorcy

Wojciech Piepiorka, 31 marzec 2015, 12:00
Średnia: 0.0 (0 głosów)
Hyvää huomenta, jeśli wierzyć internetowi, tak mówi się „dzień dobry” w Twoim kraju. Napisałbym na początku listu „Droga Kyllikki...”, „Droga Lyyli...” lub „Droga Sonja...”, ale nawet nie wiem, jak masz na imię. Znam Twoją płeć, Twój wiek, a także kraj, w którym mieszkasz. Tak dużo i tak niewiele zarazem. W moim zawodzie informacje są najważniejsze, a tu czuję ich niedosyt. Jak się nazywasz? Gdzie dokładnie mieszasz? Czym się zajmujesz? Masz rodzinę? Jak się czujesz? Gdybym mógł wybierać, chciałbym zadać Ci tylko to ostatnie pytanie. Szukam na nie odpowiedzi każdego dnia, odkąd dowiedziałem się, że będę mieć szansę, aby Ci pomóc.
Nasz dziennikarz był dawcą szpiku. Napisał list do biorcy
Nasz dziennikarz był dawcą szpiku. Napisał list do biorcy

Wiesz, że w moim kraju mówi się, że mężczyźni nie płaczą? To bzdura. Bliższe prawdy jest stwierdzenie, że mężczyźni wstydzą się przyznać do tego, że płaczą. Mi łzy napłynęły do oczu, gdy kilka godzin po wybudzeniu z narkozy zadzwoniła do mnie pani z DMKS-u - polskiej fundacji, która tworzy bazę potencjalnych dawców komórek macierzystych. Dowiedziałem się od niej, że mój szpik jest już w drodze do Finlandii. Do Ciebie. Do 44-letniej kobiety. Mojego genetycznego bliźniaka.

Nie ma dnia, żebym o Tobie nie myślał. Mam wrażenie że Cię znam. Myślę o tym, jak mają na imię Twoje dzieci. Bo masz dzieci, prawda? Wyobrażam sobie Ciebie jako szczęśliwą mężatkę. Kto wie, może jesteś już nawet babcią? Nie, to chyba za wcześnie. Zresztą to bez znaczenia. Na pewno masz obok siebie rzeszę ludzi, którzy trzymają kciuki za Twój powrót do zdrowia. Wiedz, że jest też grupa ludzi, która wspiera Cię tu - w Polsce. Moi bliscy, znajomi - wszyscy trzymają kciuki za Twoje zdrowie. Musisz walczyć. Wiem, że jesteś silna. Przecież w styczniu miałaś infekcję i musieliśmy przełożyć przeszczep. W marcu wszystko doszło już do skutku. Dałaś radę. Na pewno. Procedury każą mi czekać 100 dni z pytaniami o Twoje zdrowie, których osobiście nie zadam, bo przecież jesteśmy skazani na pośrednictwo naszych koordynatorów. Choć nie wiem nawet, czy kurier z moim szpikiem bezpiecznie wylądował w Twoim kraju, to jestem dziwnie spokojny, że wszystko będzie dobrze.

Już sam nie mogę sobie przypomnieć, skąd dowiedziałem się o fundacji DKMS. Usłyszałem o niej w telewizji? A może od znajomych? Przeczytałem w prasie? Zresztą jakie to ma znaczenie? Coś skłoniło mnie do tego, żeby zajrzeć na stronę internetową tej organizacji. Gdy już tam wszedłem, zostałem na kilka minut. Tyle trwa wypełnienie formularza rejestracyjnego. Wypełniłem go bezrefleksyjnie, na zasadzie: czemu nie? Przecież nie mam nic do stracenia, a można komuś pomóc. Gdy pocztą przyszedł zestaw do pobrania próbki śliny, od razu zrobiłem co trzeba i go odesłałem.

Sprawa powagi nabrała dokładnie 24 marca 2014 roku. To ledwie dwa tygodnie po tym, jak otrzymałem potwierdzenie rejestracji w bazie potencjalnych dawców. Tego dnia odebrałem telefon z DKMS-u. „Został pan wytypowany jako zgodny z pacjentem chorym na raka krwi. Czy podtrzymuje pan swoją gotowość pomocy wyrażoną podczas rejestracji jako potencjalny dawca komórek macierzystych?” - usłyszałem w słuchawce. Bez zastanowienia odpowiedziałem „tak”. Zdradzę Ci, że w głosie pana z DKMS-u, który do mnie dzwonił, dało się wyczuć ulgę. Podobno część potencjalnych dawców rezygnuje na tym etapie. Ja nie pomyślałem o tym ani przez minutę. W tym momencie towarzyszyło mi jednak inne uczucie. A raczej mieszanka uczuć: lekki strach w połączeniu z radością i ogromną odpowiedzialnością. To pierwsze zniknęło szybciej niż się pojawiło.

Strach? Jaki strach? Zacząłem się nad tym zastanawiać, gdy już po pobraniu szpiku wiele osób gratulowało mi odwagi. Może Ty potrafisz wyjaśnić, co oni wszyscy mieli na myśli? Czego miałbym się bać, skoro dla dawcy donacja jest bezpieczna? Większe ryzyko wiąże się z codziennym przechodzeniem przez ulicę czy jazdą samochodem. Nad czym się zastanawiać w sytuacji, w której dla biorcy to często sprawa życia lub śmierci? Na szali jest czyjeś życie. Mogę je komuś uratować. Nigdy wcześniej nie miałem poczucia, że zależy ode mnie tak wiele. Nie podałbym ręki komuś, kto w takim momencie by się wycofał. Nie potrafiłbym tego zrozumieć. Jak można najpierw dać komuś nadzieję na uleczenie raka, a potem ją zabrać? Przeszło mi przez myśl jakbyś się czuła, gdybyś trafiła na kogoś innego i najpierw dowiedziała się, że gdzieś na świecie jest ktoś, kto może dać ci szansę na pokonanie nowotworu, a potem dotarłaby do Ciebie wieść, że jednak ta osoba się wycofała...

Myślę, że te słowa piszę w Twoim i swoim imieniu: nie ma żadnych racjonalnych powodów, żeby nie zostać dawcą. Obawa o zdrowie? Jestem doskonałym przykładem na to, że ryzyko jest żadne. Ból? Jak po niewielkim stłuczeniu, ustępuje po kilku dniach. Zresztą tak ma tylko co piąty dawca, który szpik pobierany ma z talerza kości biodrowej - jak ja. Dla 80 procent dawców, którym komórki macierzyste są pobierane z krwi obwodowej, pobranie wiąże się z jednodniową wizytą w klinice i kilkoma godzinami spędzonymi na wygodnym fotelu. Poświęcony czas? W moim przypadku to dwa jednodniowe wyjazdy na szczegółowe badania, w tym jedna wizyta w punkcie krwiodawstwa, a ponadto trzy dni spędzone w szpitalu. Koszty? Za moje badania, podróże do Poznania, hotel i posiłki płaciła fundacja. Towarzyszącej mi żonie też opłaciła podróż i hotel.

Przekazując Ci cząstkę siebie, nie tylko dałem, ale też otrzymałem coś w zamian. Co? Cenna była już sama wiadomość, że jestem okazem zdrowia, jaką otrzymałem od lekarzy po badaniach poprzedzających pobranie. Nie to mam jednak ma myśli. Gratulacje i wyrazy szacunku, które do mnie dotarły sprawiły, że przez moment poczułem się jak bohater. Nie widzisz tego, ale uśmiech rysuje się na mojej twarzy, gdy piszę te słowa. Skromność każe mi bowiem myśleć, że to nic wielkiego. Że zrobiłem to, co do mnie należało. Że wypełniłem obowiązek. Chcę wierzyć, że każdy na moim miejscu postąpiłby tak samo. Fakt, że może ode mnie zależeć czyjeś życie... Przepraszam. Nie „czyjeś” - Twoje. Fakt, że może ode mnie zależeć Twoje życie sprawia, że na pewne sprawy patrzę dziś inaczej. Dzień 11 marca 2015 roku to nowy początek życia Twojego i mojego.

Chcesz wiedzieć, co pamiętam z tego dnia? Niewiele. Połknąłem tzw. głupiego jasia (tak mówi się u nas na premedykację - śmiesznie, prawda?) i pojechałem na blok operacyjny. Oczywiście nie sam - za bardzo kręciło mi się w głowie, żeby prowadzić szpitalne łóżko. Pani anestezjolog podłączyła mi jakąś kroplówkę, założyła na usta maskę i kazała odliczać od 10 do zera. Gdy skończyłem, powiedziała: „Panie Wojtku, już po wszystkim. Jest już pan na sali wybudzeń. Jak się pan czuje?”. Język mi się jeszcze plątał, byłem półprzytomny, ale szczęśliwy. DKMS Polska przez sześć lat swojej działalności zarejestrowała 670 tys. potencjalnych dawców, a w całej polskiej bazie jest ich 770 tys. Ja byłem dokładnie 1 847 Polakiem, który mógł oddać cząstkę siebie. Wynika z tego, że tylko jedna osoba na 417 zostaje dawcą. Tak, jestem szczęściarzem.

Nie wiem, czy w dołeczkach na dole pleców zostaną mi blizny. Rany po nakłuciach są tak niewielkie, że pewnie nie będzie po nich śladu. Jeśli blizny zostaną, będę miał na plecach dwa kwiatki - tak nazwała to oddziałowa, gdy zmieniała mi opatrunek. Siedem dziurek z lewej, osiem z prawej strony. Zwykle wystarczą trzy-cztery nakłucia, a mi zrobili 15. Już po wszystkim powiedziałem pani doktor, że mogliby nawet podziurawić mnie kolejne 15 razy. Choć musiała się napracować, żeby pobrać ode mnie litr mieszanki szpiku i krwi, to była bardzo zadowolona. W tym litrze było więcej komórek macierzystych niż w półtora litra, które zamierzali ode mnie pobrać. Podobno masz szczęście, bo lekarze powiedzieli mi, że nie pamiętają tak dobrej jakości pobranego materiału. To dla Ciebie. Jeśli zdarzy się tak, że będziesz potrzebowała kolejnego przeszczepu, ludzie z fundacji wiedzą, gdzie mnie szukać. Bez wahania zgodziłem się być dawcą zarezerwowanym dla Ciebie na najbliższe dwa lata. Masz mnie pod tym względem na wyłączność.

Żyję z pisania, ale musisz mi wierzyć, że o sobie samym pisze się trudno. O tym zdarzeniu z mojego życia piszę i opowiadam jednak chętnie. Nie mogłem poprzestać na samym oddaniu szpiku. Wiesz dlaczego? Setki tysięcy polskich potencjalnych dawców i 23 miliony na świecie to wciąż za mało. Tylko w Polsce co roku 5 tys. osób zapada na raka krwi, a 700 z nich zostaje zakwalifikowanych do przeszczepienia. Co piąty jednak pozostaje bez swojego dawcy. Nasza historia sprawiła, że w bazie dawców Fundacji DKMS Polska zarejestrowało się kilkunastu moich znajomych i członków rodziny. Zrobili to, bo wszędzie staram się mówić o tym, jak cudowne jest mieć świadomość, że można komuś uratować życie. Tylko po co ja Ci to piszę, oboje doskonale wiemy, jakie to ważne. Musimy głośno opowiadać historię, która nas spotkała. Teraz już wiesz, dlaczego piszę ten list. Na razie nie mogę go zaadresować. Mam nadzieję, że kiedyś będę mógł go do Ciebie wysłać. O spotkaniu nawet nie śmiem marzyć...

Z pozdrowieniami,

Wojtek - Twój genetyczny bliźniak z Polski

PS Dołączam swoje zdjęcie ze szpitala.

Tekst ukazał się w "Tygodniku Człuchowskim" (nr 12/204) 26 marca 2015 roku.

Artykuł wyświetlono 4089 razy
Komentarze do artykułu
Dodaj komentarz
Sobol%20reklama